W majowy piątek w sposób zupełnie spontaniczny i improwizowany okazało się, że w poniedziałek będę w… Andaluzji! W głowie mnóstwo skojarzeń na minutę: Malaga, Picasso, byk, oliwki, chorizo, jamón iberico, flamenco, churros, tapas, tapas, tapas, t a p a s :-) No i wspomnienia: kiedy studiowałam w Atenach mieszkanie dzieliłam z Yolandą, Hiszpanką, która robiła świetną paellę oraz wieczorami wcierała świeże pomidory w pajdy chleba, które potem obkładała suszoną szynką.
Spakowałam walizki. Pojechałam. Krążyłam między uliczkami Malagi, Sevilli, Granady czy Rondy. Urzekł mnie przede wszystkim wygląd małych knajpek pochowanych gdzieś w oficynach lub małe budki z tapas wprost na ulicy. Śniadanie rozpoczynałam od ciepłych, smażonych churros, a dzień kończyłam na pieczonych lub grillowanych mięsach. Nie liczyłam kalorii w ilościach pochłanianych ciastek, ciasteczek i deserów słodkich na równi z tymi z krajów arabskich. Jak dobrze być w kraju, w którym jedzenie sprawia ludziom tyle radości, gdzie jedzenie towarzyszy nocnym rozmowom nieznajomych (w każdym z barów można się dosiąść do kogoś, zjeść jedną tapas, wypić kieliszek wina i wyjść szukając kolejnego baru), gdzie jedzenie jest pretekstem, by rodzina (hiszpańska definicja rodziny wychodzi daleko poza model 2+1+pies) siadała do wspólnego wielkiego stołu.
Kulinarne dowody genialnej podróży w towarzystwie siostry poniżej:


















