Opinii z tuzin, zachwytów wiele, i opowieści o przestrzeni dopracowanej w najmniejszych szczegółach. Wreszcie znalazłam czas na wizytę w Wodnej Wieży, o której od powstania głośno w kulinarnych kręgach. Na dwa dni przed świętami, w grudniowe popołudnie chciałam zafundować sobie niepowszednie smaki.
W zrewitalizowanej przestrzeni faktycznie nie zabrakło architektów wnętrz, którzy spójnie zadbali o klimat steampunkowej restauracji i pubu – wygodne siedzenia, stoły z ruchomymi mechanizmami, miedziane rurki, trybiki, zegary, do pełni brakuje tylko specjalnie nagranej ścieżki dźwiękowej z buchającą parą i gwarem wiktoriańskiej ulicy.
Otwieram krótkie autorskie menu z zaakcentowanymi grzybami z własnej hodowli – i do czasu zamówienia wszystko wydawało się być idealne! Jak zawsze, diabeł tkwi jednak w szczegółach. Pytam kelnera o pochodzenie kurczaka sous-vide, w nadziei, że jakiś zagrodowy ten drób, ale kelner mi odpowiada, że nie wie, że pewnie ze sklepu jakiś jest. Ok. Pytam jakie warzywa są dodawane do dorsza, mówi, że pójdzie i zapyta i sprawdzi też jakie grzyby są składową dzisiejszych dań, bo nie wie. Ostatecznie zamawiamy i czekamy.
Dania były wyjątkowe bez dwóch zdań, i po pierwszym kęsie pojawiło się to pożądane ciche mmm… Najpierw był barszcz (20 zł), a raczej pusty talerz z ułożonymi dodatkami na dnie (m.in. płatki twardziaka jadalnego) i przesmarowany pieczonym czosnkiem. Następnie kelner zalał talerz rubinową zupą i smaki zaczęły się idealnie łączyć. Do barszczu podano ciepły, perfekcyjny pasztecik z grzybowym nadzieniem – mały element, ale wyjątkowo dopieszczony, z glazurowanym ciastem i ziarenkami czarnuszki oraz gdzybami skrojonymi w tej samej wielkości kosteczkę. Potem był spory kawałek polędwicy (polskie mięso, 65 zł) z pieprzowo-koniakowym sosem (tylko dlaczego podanym na papierowej serwetce!? Jak na imieninach u cioci…). Mięso wyborne, jednak prosiłam o średnio wysmażony stek, a dostałam wysmażony i to mocno – trudno uwierzyć, że kucharze tej klasy się pomylili w stopniu wysmażenia, prędzej kelner źle przekazał, a znając polskie upodobania i mity o mięsie ociekającym krwią, wolą smażyć na amen. Szkoda.
Do mięsa dobrałam miskę chrupkich grzybów pieczonych na maśle (10zł). W przedświątecznej aurze postanowiłam też sprawdzić, jak smakuje tam dorsz z grzybowym consomme z imbirową pianą (43 zł) – całość kompozycji zostawiała delikatne wrażenie, w którym na szczęście dominował smak ryby. Największą przyjemność sprawił mi jednak deser (21 zł – Biszkopt orzechowy, puree z pomarańczy, lody makowe, galaretka śliwkowa), który okazał się zabawą kulinarnymi fakturami (sprężysta galaretka, gąbczaste i chrupkie ciasto, kremowe lody, owocowe puree i puder). Puenta kulinarnych możliwości i wyobraźni. Gdyby usługa i obsługa była na tym samym poziomie co smaki, byłoby to miejsce bez zarzutu. Tymczasem: w damskiej toalecie skończył się papier, dania podawane są w drażniącej niespójnej zastawie (czekadełko w opalizującym kolorami wazoniku, dania główne w gładkich białych talerzach, ale np. stek na czarnym talerzu, sos do niego w białym naczyniu, pasztecik na fikuśnej ceramice o grudkowej fakturze z pieczęcią restauracji, zaś deser na centkowanej czerni). Byłoby jednak miło, gdyby w przyszłości starano się uspójnić ceramikę, zakupiono płócienne serwety i popracowano z kelnerami nad opowiadaniem o daniach podczas zamawiania i polecania (dobry storytelling zawsze w cenie!).
Co dalej? Wrócę tam, bo trzeba śledzić z pewnością to, co robi Dominik Duraj i degustować jego kompozycje. Do tego mam ogromny szacunek za to, że menu powstaje tu w oparciu o własną hodowlę grzybów. Jednak do miana najlepszych, brakuje Wodnej Wieży kilku detali w usłudze. Na osłodę zostaje cudny widok z wysokiego piętra tej 40 metrowej unikatowej wieży.
Aktualizacja: miejsce po różnych zmianach chefów obecnie nie działa. Ma podobno wrócić w 2024 r.
Rstauracja Wodna Wieża ul. Kilińskiego 5 Pszczyna Restauracja wyróżniona jako jedna z Poland Best 100 Restaurant 2013








