Nic nie wskazywało, że to będzie tak serrrrowa sobota. Zaopatrzona w razowiec od Kloska i pomidory bawole serca do Pani Basi (cudem uniknęłam sobotniej kolejki w warzywniaku, w której wszyscy analizują pogodę i omawiają z Panią Basią uroki wczasów nad polskim morzem) skręciłam do serowarni – mam tam swój ulubiony owczy, dojrzewający z kulkami pieprzu (przetestowany na gościach jako przystawka z dużymi suszonymi figami ze sklepiku na Kochanowskiego). Jest tłusty (45%) i dobrze odleżakowany minimum 2 lata – do najtańszych nie należy (75zł za kg), ale na mały kawałek warto się skusić co jakiś czas. Zresztą polecam serowarnię na Staromiejskiej 21 (poza Katowicami, mają jeszcze, sklep w Krakowie oraz wysyłkę internetową) szczególnie tym, którzy chcą kupić sery kozie i owcze.
Kilka godzin później do drzwi zapukali Zosia i Karol, którzy wcześniej wrócili z Bieszczad i dostarczyli nam świeżą dostawę serów z bacówki (z nocnej produkcji) w Brzegach Dolnych. Trzyetapowy proces smakowania zaczął się od delikatnego, owczego twarogowego bundzu (smakowo bliski mozarelli), potem solan, który wyciągnięto z zalewy, wreszcie najbardziej słony, biały oscypek (jeszcze nie wędzony), z obowiązkowym wzorem odciśniętym z formy oscypiorki, który charakterystyczne „zgrzyta” podczas gryzienia.
Takie rarytasy trzeba jednak traktować SERio…
bieszczadzki zestaw, który dostarczyli Zosia i Karol
śniadaniowo sobotni camembert i kawałek dojrzewającego owczego z pieprzem