Śniadaniowa ruletka czyli kto się dosiądzie do stołu w warszawskim Bed&Breakfast

Nie przepadam za hotelowymi śniadaniami: leżakujące w wodzie kiełbaski lub co gorsza parówki, ustawione w rzędach jogurty jogobelli i słoik tanich płatków kukurydzianych, blady pomidor w plasterkach, zielony ogórek obowiązkowo ze skórką, ser żółty bez charakteru no i herbata w torebkach zalewana nie wrzątkiem a ciepłą wodą, która zostawia osad na filiżankach… Polski standard.

Kiedy rezerwowałam butikowy Bed&Breakfast na Smolnej w Warszawie mignęła mi informacja w potwierdzeniu, że czeka mnie slowfoodowe śniadanie – pomyślałam: jasne… może co najwyżej będzie dżem bez cukru i żytni chleb, ale na więcej nie liczyłam, bo nadużywanie pewnych słów w hotelarsko-gastronomicznym świecie to powszechna praktyka.

Siadam więc rano do stołu, z białym świeżym obrusem i robię pierwszy kęs chleba przesmarowany masłem, zerkam na plaster białego sera, który właściciel zalewa kroplami oleju lnianego, orientuję się, że jajka zdecydowanie różnią się wielkością i kształtem, wreszcie jem pierwszy plaster wędliny i wiem, że jestem u ludzi z poczuciem dobrego smaku.

W trakcie biesiadowania właściciel Jarek opowiada o poszczególnych produktach, którymi dzieli się ze swoimi gośćmi: z Podlasia sprowadza mleko, gęsty naturalny jogurt czy biały ser. Z Milicza, rodzinnej miejscowości pochodzą wędliny, jajka zielononóżek i słoiki z miodem. W Wierzchowicach tłoczone są soki i robione przez Andrzeja i Irenę Łaniak konfitury (na bazie własnych owoców z gospodarstwa, bez cukru i konserwantów), które genialnie komponują się z drożdżową chałką i pajdami chleba, który świeży kupowany jest w piekarni Stanisławowska (mąkę do wypieku pozyskują z terenów w okolicach Puszczy Knyszyńskiej).

W hotelu panuje też zasada jednego stołu – jak na rodzinnym przyjęciu kolejno przychodzą nieznajomi i zaczynają rozmowę. Kiedy się dosiadamy, dziewczyna z Berlina (jak się potem okazuje miłośniczka Poli Negri, o której napisała książkę i właśnie pracuje nad tłumaczeniem na polski) rozmawia z Amerykanką o Gdańsku i Krakowie – przekonujemy je szybko, że muszą wpaść na Śląsk i zamiast nudnych starówek powinny powłóczyć się wśród modernistycznych kamienic Katowic lub w naszych postindustrialnych przestrzeniach. Potem dosiada się kolejna Amerykanka – w Nowym Yorku jest art directorem magazynu Time – ustala właśnie w Warszawie współpracę z polskim rysownikiem. Krótka debata o wyborach prezydenckich w USA i dosiadają się niespodziewanie Francuzi – dali się nabrać, że Chopin, którego słyszą jest z radio, a tymczasem w pokoju obok stoi fortepian, na którym regularnie w hotelu ćwiczy pewien młodzieniec. Kiedy udaje mi się wytłumaczyć Francuzom o co chodzi z kurami z wolnego wybiegu opuszczamy śniadaniowy salon, choć goście wciąż przybywają – ostania wymiana zdań z Belgami o piwie, i pakowanie walizki.

Drodzy hotelarze polscy: siądźcie do stołu z Jarkiem – on wam wytłumaczy, jak zrobić proste, dobre śniadanie.

Gdyby jeszcze w  Butique B&B popracowali nad śniadaniową herbatą – byłby to bez wątpienia hotelowy raj…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *