Wieczór z nieznajomymi i ze smakiem skorzonery | Golden Spoon Undergound Dining Club Poznań

Piątek | ?

 

Nie wiem co mnie czeka, nie wiem z kim, nie wiem gdzie. Za 24h wszystko będzie już jasne. Poznańska inicjatywa ?Golden Spoon Underground Dining Club? to grupa ludzi, których łączy pasja gotowania. Powołali do życia klub, w którym zasady są proste: 12 miesięcy, 12 kolacji dla 24 osób w 12 niezwykłych miejscach. Każda inspirowana bogactwem pór roku i znakomitą jakością lokalnych produktów. Menu oraz miejsce spotkania pozostaje sekretne do ostatniej chwili?

Sobota | 19:00

SMS. Mam adres: Wielka 21. Zbierają się ludzie. W końcu przewodnik prowadzi nas do… banku. W nietypowej przestrzeni, industrialnym w klimacie atrium czeka na nas jeden pięknie zastawiony stół i zanim kulinarny team zaczyna opowieść o tym, co nas czeka, dj w kącie zaczyna serwować nam pierwsze dźwięki.  Kolacja wśród nieznajomych – kiedy Ewelina zaczyna odkrywać polsko-szwedzką historię u sąsiadów po prawej, ja po lewej toczę rozmowy o smakach i gustach, w tym architektonicznych  – okazuje się, że choć jestem w Poznaniu z nieznajomymi to dyskutujemy o katowickim dworcu i jego kielichach oraz o Paktofonice :-) No i jemy!

Menu październikowe:

  • Amuse bouche – kęs zapieczonego buraka z jabłkowym farszem, musem malinowym i gęstym jogurtem – dobrze wróży.
  • Następnie podają zupę – w szklanych miseczkach kusząco wyglądała warstwowa struktura zupy i owocowego chutney’a, ale przyznaję, że smak był już rozczarowaniem. Ziemniaczany, maślany krem, rustykalnie połączony z cebulą sam w sobie był przyjemny, ale kiedy cebulowe nuty spotkały się z kwaśną żurawiną był zdecydowany zgrzyt. Zamiast nowego kulinarnego mariażu miałam tylko ochotę na rozwód – a przynajmniej na szybką separację i kończyłam wyjadając tylko ziemniaczaną część.
  • Na ciepłą przystawkę zaplanowano rydze zatopione w śmietanie z zapiekaną rzymską sałatą – przyjemny grzybowy kęs, choć do absolutnej perfekcji brakowało mi choć jeszcze jednego ziarenka zmielonego pieprzu.
  • Odkryciem wieczoru okazałą się dziczyzna – kawałki duszonej w winie łopatki można było maczać w orzechowo-koniakowym puree i łączyć z kawałeczkiem buraka, gruszki lub jędrnej, karmelizowanej skorzonery. Zakochałam się absolutnie w tym korzeniu o zaskakująco szparagowym smaku :-)
  • Na deser na stół trafiły fikuśne różowe pudełeczka przewiązane wstążką – w czarnej bibułce można było znaleźć trzy migdałowe makaroniki z masą grejfrutową (wow!), czekoladową i truskawkową, które od niedawna wypiekają dziewczyny z poznańskiej Ciastkarni.

Wieczór absolutnie udany – urzekły mnie detale i staranność godna prawdziwych pasjonatów: pięknie nakryty stół, niebanalne miejsce, klimat, i odrobina tajemnicy oczywiście. Do tego wizja zaproponowanych smaków.

Żółta kartka należy się jednak ekipie Golden Spoon za kieliszki – nie może być tak, że goście mają jeden kieliszek, do którego leje im się najpierw białe wino, potem sugeruje by ewentualne resztki przelali do słoika, bo trzeb nalać czerwone, a potem kolejne czerwone… Diabeł tkwi właśnie w takich szczegółach. Reszta bezbłędnie jak na pop-upową restaurację na jeden wieczór z nieznajomymi.

Kto chętny na kolejne wieczory musi śledzić wątek na Facebooku.

ps. Za październikową przyjemnosć zapłaciłam 175 zł.

ps.2 Ja chcę taki klub na Śląsku!


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *