120 godzin w Paryżu… Pierwszy raz był jak aperitif – tylko by zaostrzyć apetyt na więcej, na później. Rano świeże bagietki z piekarni na rogu, ser, który na noc trzeba w mieszkaniu chować do lodówki by zasnąć, a w ciągu dnia uliczne jedzenie, naleśniki z okienek, gorąca cebulowa zupa, genialne dania Libańczyków, słodkie praliny i tarty w kawiarniach. Miałam tę przyjemność, że w towarzystwie Janka, Gigi i Mariana w ciągu tych kilku dni jedliśmy ze znajomymi w ich paryskich domach lub wprost na szarym papierze w jednej z artystycznych drukarni, gdzie wystarczyło otworzyć kilka butelek wina, dać deskę, a na niej kawałek sera i salami.
Z pierwszej paryskiej wizyty mam wspomnienie ekelektyzmu, stolicy, w której na jednej ulicy znajdą się restauracje z minimum trzech zakątków świata. Zostaje też dziwne wrażenie, że Francuzi biesiadują przy piwie, szczególnie młodzi szukając odmiany od czerwonego wina. I ulice pachnące aromatem pieczonych kasztanów. I radość z wizyty na Rue Lepic w Café des 2 Moulins (Dwa Młyny), gdzie ukryte są pamiątki związane z Amélie Poulain. I lody mango w jednej z najstarszych kawiarni paryskich, gdzie na kawę przychodził Rousseau, Voltaire czy Chopin…