Jak rozkładałam karimatę na podłodze w chacie u Łuczaja już wiedziałam, że tego wyjazdu nie opiszę – bo to jedno z tych doświadczeń, którego szczegółowe relacjonowanie nie ma sensu – jeśli ktoś chce dowiedzieć się jak było, powinien pojechać tam osobiście.
Wracałam z kilkoma spostrzeżeniami: po pierwsze Łuczaj to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu i genialnie, że w Polsce mamy takiego etnobotanika, który na światowym poziomie łączy teorię z praktyką – empirycznie, czasem ryzykownie, niewątpliwie z fantazją.
Po drugie uświadomiłam sobie, jak niewiele wiem, i jak wielką dziurę w edukacji zostawiają np. lekcje biologii – po maturalnych doświadczeniach pamiętam wiele niepotrzebnych danych, a wychodząc w las czuję się jak w obcym miejscu rozpoznając drzewa (liściaste i iglaste), grzyby, mech i tzw. inne. Nie mówiąc o tym, że nie mam pojęcia co jest jadalne, aromatyczne i wyborne dla kuchni.
Paradoksalnie trzeba pojechać do małej polskiej wsi, by dowiedzieć się, że orientalne grzyby mun to nasze pospolite grzybki zwane judaszowymi uszami (i można zrobić sobie cała ich hodowlę w ogrodzie), a na zwykłej łące kwitną z powodzeniem te same gatunki roślin, które słynny Rene Redzepi dodaje do swoich fikuśnych potraw w prestiżowej Nomie.
Z roku na rok warsztaty u Łuczaja się zmieniają – od survivalowych (budowanie szałasów, donoszenie wody z rzeki itp.), na które przyjeżdżali poszukiwacze przygód po doświadczenie kulinarne (fuzja kuchni indyjskiej, polskiej, chińskiej z wykorzystaniem lokalnych dobrodziejstw: w tym obok dostępnych roślin czy i kłączy np. kaczki, śmietany, ziemniaków z lokalnych gospodarstw).
O zastosowaniu dzikich roślin dowiecie się wiele z najnowszej książki Łuczaja, która powinna znaleźć się obowiązkowo na półce każdego szanującego się kucharza w Polsce. Klimatu, rozmów o podróżach i życiowych doświadczeniach, dyskusji przy ognisku, cudnego towarzystwa, zimnego piwa z pobliskiego regionalnego browaru, prażenia robaków, i obecności przycerkiewnych duchów doświadczycie tylko na miejscu.
Bogatsza o to wszystko wróciłam do miejskich rozrywek, wiem już jednak jak smakuje m.in.:
kurdybanek, bylica, wrotycz, jasnota, lebiodka, liliowiec, macierzanka, ostrożeń, rdest, podagrycznik, żywokost, świeży pasternak, gatunki muchomorów, liście niedźwiedziego czosnku, dzikie leśne czereśnie, makaron z zielonej paproci, itp.
Jeśli ktoś ma ochotę zrobić to samo – powinien na bieżąco śledzić stronę Łukasza Łuczaja i zaglądać kiedy organizuje kolejne warsztaty dzikiego gotowania.