Mamy taki cudny zwyczaj z Zosią i Karolem, że zapraszamy się na przemian na niedzielne śniadania co jakiś czas, które kończą się jak dziś, po 17:00… Zmieniamy tylko leniwie talerze i bez pośpiechu degustujemy smakołyki. Dziś było polsko-francusko: Zosia po ostatniej podróży przywiozła walizkę różnych serów i różowe wino, które było dziś idealne na upalne przedpołudnie. My przynieśliśmy ziarnisty chleb, który wczoraj kupiłam na Kato Bazarze od Oli – idealnie pasował do ostrego roqueforta. Na deser do tarty Zosi z owocami dodaliśmy mój robiony kilka dni temu porzeczkowy, mocno mrożony sorbet.
Myślę sobie – róbcie to częściej, zapraszajcie się na śniadanie w gronie tych, z którymi dobrze Wam się długo siedzi, gada przy kawie i którzy podzielają wasze smakowe pasje. My zamierzamy kontynuować naszą małą familijną tradycję.
ps. dziś wyjątkowo nie krążyliśmy między katowickimi kamienicami, a skorzystaliśmy z ogrodu dziadków Jasia i Zosi w Zabrzu w Kończycach. Raj.