W podróży kalorii się nie liczy – bardzo lubię tę zasadę, kiedy można znaleźć uzasadnienia zarówno dla kupowanych nocą słodyczy na stacjach benzynowych, jak i włóczenia się po nowych knajpach w mieście obcym w celu badań terenowych. No to jestem w Sopocie, po czekoladowej tarcie w Bookarni, gdzie byłam asertywna i kupiłam tylko jedną książkę („Smaki dwudziestolecia” Łozińskiej) wychodzę i obok widzę mały lokal na trzy stoliki ze staroświeckim piecem na pizzę. W Pieprzu zamawiam jednak burgera, w wersji z grillowanym kurczakiem i z miseczką zielonych tanich oliwek – może nie jest to mistrzostwo świata, ale na pewno dalekie od fastfoodowych smaków, a do tego urzekli mnie własnej roboty lemoniadą podawaną w dużych butelkach.
O burgerowniach w stolicy krążą już legendy, a mięsożercy układają osobiste rankingi miejscówek. Ja między spektaklami mam dwa wolne popołudnia – ruszam więc najpierw do wersji Slow Food Fast, czyli Lokalu Bistro na Krakowskim Przedmieściu. Dwóch nie dam rady zjeść, a kusi mnie burgerowy dorsz, stawiam jednak ostatecznie na polską wołowinę. I nie żałuję, głównie za sprawą… sera. Ciężkiego, wędzonego plastra sera z Wiżajn, który roztapia się na mięsie – polewam jeszcze całość ucieranym na miejscu majonezem i jestem przeszczęśliwa odgryzając kolejne kęsy… Kocham ten paradoks, że pozornie fastfoodowe jedzenie można przygotować z lokalnych produktów o wyśmienitej jakości w stylu slowfood. Zza ściany obok dochodzą fragmenty rozmowy o kolejnych scenach dramatu – tylko ja mogę mięć to szczęście, że obok siedzi Natalia Korczakowska, która nad burgerem rozmawia o kolejnym spektaklu…
Mój kolejny cel jest, jakby to rzec, niszowy – idę w stronę budki na Mokotowie, atrakcyjność: zero, szpan z Krakowskiego Przedmieścia: zero, prawdopodobieństwo spotkania hipsterów: zero. Klimat za to pierwsza klasa, dwóch facetów z kolorowymi tatuażami krząta się w Burger Barze przy grillu i zawija burgery w papierki bez patosu. Biorę klasycznie cheesburgera, Janek decyduje się na burgera w wersji pikantnej, z odrobiną kolendry, chilli i limonki (zwyczajowo kradnę mu kilka kęsów i stwierdzam, że to połączenie smaków jest świetne). Danie szybko znika z naszych koszyczków, w których jest serwowane, dojadam jeszcze własnej roboty colesław i szybko zwalniam miejsce – tłum zbiera się przed budką – wiedzą, że warto tu poczekać chwilę na puste miejsce przy stoliku…